Popołudnie zdawało się dość
spokojne jak na miasto bezprawia i rozpusty, jakim było Ergastulum. W budynku,
który trudno było nazwać nowym, wiele ścian zostało zburzonych, więc piętro
traktowano jako jedno pomieszczenie oddzielone tylko od klatki schodowej. Co
prawda taki układ był nieco niebezpieczny, ale mieszkańcy mieli na to swoje
sposoby.
Huk dobiegający z okolic wejścia
oderwał na moment wszystkich od ich zajęć. Najwyraźniej ktoś wpadł w pułapkę
zastawioną przez najmłodszych mieszkańców: jasnowłosego Simona i czarnowłosego
Chrisa, którzy wiecznie trzymali się razem. Ten pierwszy pobiegł sprawdzić, co
się stało. Reszta przyjęła to z większym spokojem, choć każdy z nich ukradkiem
sprawił, czy ma broń w zasięgu ręki.
– Chris, zabiliśmy jakiegoś
faceta! – zawołał Simon.
Brunet upił łyk kawy z
obtłuczonego kubka zupełnie niewzruszony spanikowanymi słowami przyjaciela.
– Siedem miliardów ludzi na
świecie, a ty panikujesz, bo zabiliśmy jednego faceta. I to normalsa –
prychnął. – Żaden Zmrok nie dałby się na to nabrać.


